Ciocia Jadzia bywała w różnych miejscach, ostatnio nawet w jednym z najczęściej odwiedzanych miast na świecie, w Rzymie.

Tym razem byliśmy z nią w niecodziennej krainie, w Transylwanii, w "domu" jej prababki Brunhildy, która dopiero co wyzionęła ducha. Północ to jednak nie najlepsza pora by wkroczyć z walizkami do zamku z wieżyczkami o spiczastych daszkach, i którego kamienne schody i drewniane drzwi z kołatką nie pozostawiają złudzeń co do tego miejsca. I jeszcze ta cisza...i księżyc okrągły jak piłka, który świeci ponad zamkiem niczym wielki reflektor. Jeśli dodamy do tego majordomusa w białych rękawiczkach, łóżko z poręczami o kształcie smoczych głów i mnóstwo obrazów, a na każdym jakiś człowiek... Każdy podobny do tego drugiego... te same oczy, nosy i włosy...

Cóż...Chyba trzeba być nie lada śmiałkiem by spędzić dobrowolnie wakacje w takim miejscu. I chyba tylko ciocia Jadzia jest w stanie przysłonić swoją osobą strach...czy też obawę...czy też niepokój, które to po przekroczeniu progu owego zamczyska, tlą się w zakamarkach duszy, a oczami wychodzą na sam wierzch.

W piątek w Filii Chorzeń było na szczęście nie tak strasznie, ale obraz po tych odwiedzinach został taki właśnie... Jest na nim wszystko... i ten strach, i obawa , i niepokój, a także zamek, i pająki, i nietoperze, i groby, a i duch jakiś nieśmiały się znajdzie.